Zaloguj się lub zarejestruj w AstroAkademii!
Zyskasz więcej możliwości: więcej tekstów, udział w forum, własną kolekcję kosmogramów. Skorzystasz z doświadczeń innych uczestników AstroAkademii, poznasz ich horoskopy. Dołączysz do kursów astrologii. Abonament tylko 11 zł miesięcznie.

Kłopoty z karmą i przeznaczeniem

W starożytności wierzono w przeznaczenie. Rozumiano je tak, że gdzieś - może w umyśle bogów, może w jakichś tajemnych księgach - "zapisane jest" to, co ma się wydarzyć. Grecy mieli specjalną boginię przeznaczenia, imieniem Ananke (czyli: "Przeznaczenie") i wyobrażali ją sobie dzierżącą wrzeciono, które było osią świata. Ananke i jej córki Mojry znały wszystkie wyroki losu ciążące na ludziach i bogach, i pilnowały, by te się dopełniły. Podobną boską postać Rzymianie zwali Fatum. Przeznaczenie można rozumieć czysto mechanicznie: że skoro przyszłość niczym ważnym nie różni się od przyszłości, tylko jest "trochę dalej" w czasie, a przyszłość jest jedna i ustalona - bo już się wydarzyła, więc i przyszłość musi być tak samo ustalona. Tyle, że my z powodu naszej ludzkiej ułomności, jej nie znamy. Ale znają ją bogowie, a już na pewno boginie takie właśnie, jak Ananke i Fatum. Dlatego wróżbiarstwo starożytne rozumiano jako zasięganie informacji u bogów. Znaki wróżebne - pojawianie się planet, zaćmienia Księżyca, loty ptaków i plamy na bydlęcej wątrobie - były "tajemną mową bogów". Z tego od razu wyciągano wniosek, że kto wróży i czyta takie znaki, musi wierzyć w istnienie (i w dobrą wolę) ich nadawców - bogów. To była przyczyna, dla której najpierw Żydzi, a później chrześcijanie zrównali wróżbitów z bałwochwalcami i obkładali ich klątwami, co można wyczytać zarówno w prawie Mojżeszowym, jak i w Apokalipsie.

Powiedziałem, że przeznaczenie można rozumieć mechanicznie: że wszystko jest z góry ustalone i zapisane, i ludzka wola niczego nie zmieni, bo i tak wydarzy się to, co ma się wydarzyć. Taką postawę nazywa się fatalizmem. Starożytni wymyślili także drugi wariant gry człowieka z losem: kiedy zdarzało się tak, że człowiek miał swoje zamiary, a przeznaczenie chciało czego innego. Edyp nie chciał wcale zabić swojego ojca, a wyrocznia orzekła, że owszem, zabije. Wygnanie z domu i życie na puszczy nie pomogło: Edyp w końcu spotkał swojego faktycznego ojca, którego nie znał, i zabił go. To przeciwstawienie ludzkiej woli i wyroku przeznaczenia było podstawą światopoglądu dramatycznego; bo właśnie pierwsze teatralne przedstawienia, dramaty, pokazywały ludzi, którzy, jak Edyp, czego innego chcą, a coś innego w końcu uczynić muszą.

W Indiach, też w starożytności, obmyślono inną wersję przeznaczenia. Nasza przyszłość, w myśl tego poglądu, nie jest jakimś ślepym wyrokiem losu lub bogów, lecz jest wynikiem tego, co sami narobiliśmy. I właśnie słowo karma albo karman w sanskrycie znaczy "to, co zostało narobione". Zwykle karma jest zła: bo przez to, że popełniliśmy jakieś grzechy w przeszłości, cierpimy za nie i pokutujemy teraz, albo czeka to nas w przyszłości. Ale również zdarza się dobra karma i to dzięki niej niektórzy z ludzi bez żadnego wysiłku mają bogactwa, szczęście i sukcesy, a inni ani jednej setnej tego nigdy nie lizną. Koncepcja ta - że każdy dosłownie jest kowalem swojego losu, i że "karma nierychliwa ale sprawiedliwa" i każdemu zostanie w końcu wymierzona sprawiedliwość - ma jedną główną wadę: co z tymi, którzy cierpią, chociaż nie nagrzeszyli? I co z tymi, których przed śmiercią żadna "kara boska" nie spotkała? Dlatego z karmą koniecznie wiąże się pojęcie reinkarnacji. Musimy rodzić się ponownie, aby odrobić swoją karmę z poprzednich żywotów. A zarazem "zarabiamy" sobie nową. I tak w kółko, bez końca. Taka wizja wcale nie jest optymistyczna i dlatego był kiedyś pewien wielki mędrzec i asceta, który tak długo medytował, aż pozbył się całej swojej karmy i wreszcie stał się wolny, po czym zaczął nauczać innych, jak to się robi. Jego karma została zdmuchnięta siłą jasnego widzenia, czyli roz-wiana, w sanskrycie nir-vana. Nazwano go Buddą czyli Przebudzonym.

Pogląd o karmie i reinkarnacji też można rozumieć albo fatalistycznie, albo dramatycznie. Dramatycznie to wygląda wtedy, kiedy człowiek chce jednego, a karma, czyli "siła złego" z przeszłości zmusza go, by czynił coś innego, często wręcz coś odwrotnego. Komuś musisz teraz płacić (np. alimenty), albo opiekować się nim, choć go nie lubisz, bo w którymś poprzednim wcieleniu te osobę - strach pomyśleć - okradłeś.

Wielu miłośników astrologii uważa, że astrologia jest nauką o karmie - bo skoro nasza przyszłość (w jakimś stopniu) określona jest przez urodzeniowy horoskop, to ten horoskop jest "zapisem karmy". Zwolennicy karmy także pewne związki miedzy ludźmi nazywają "karmicznymi" - to są takie, które powinny się rozpaść, bo ludzie w nich się męczą, ale mimo to trwają ze sobą. Jakby ich jakaś zewnętrzna siła wiązała razem.

Ja jednak myślę, że astrologię można i należy uprawiać bez takich "metafizycznych" wyobrażeń. Pojęcie karmy ma tę przykrą właściwość, że nie sposób go sprawdzić. Nie znaleziono dotąd dobrej metody identyfikowania przeszłych wcieleń. Tak samo jak nie ma sposobu, żeby ustalić, czy jest jakieś przeznaczenie i do czego ono nas zmusza. Ani nie mamy jak orzec, czy są jacyś bogowie i czy to ich wola kieruje naszymi krokami. Żeby sensownie zajmować się astrologią, trzeba trzymać się realiów i doświadczenia. A w karmę (a także w bogów) można wierzyć, owszem, ale prywatnie.

7 czerwca 2005

Wojciech Jóźwiak

Planety są stanowczo tym, co w urodzeniowym horoskopie jest najważniejsze. Ludzie mogą być urodzeni w różnych miesiącach, czyli pod różnymi znakami zodiaku, mogą też mieć ascendent w różnych miejscach, ale jeśli będą mieć też samą dominującą planetę - np. Jowisza - wtedy będą uderzająco do siebie podobni!