Zaloguj się lub zarejestruj w AstroAkademii!
Zyskasz więcej możliwości: więcej tekstów, udział w forum, własną kolekcję kosmogramów. Skorzystasz z doświadczeń innych uczestników AstroAkademii, poznasz ich horoskopy. Dołączysz do kursów astrologii. Abonament tylko 11 zł miesięcznie.

Astrologia i nauka, czyli "dwa na słońcach swych przeciwnych bogi"


"Dwa na słońcach swych przeciwnych - Bogi" - mówiąc to, Juliusz Słowacki miał na myśli siebie i swego wielkiego poetyckiego rywala, Mickiewicza. To dobry wstęp do dzisiejszego felietonu, gdyż pobrzmiewa w nim echo starożytnej wiary, iż na planetach, Słońcu i gwiazdach rezydują bogowie i stamtąd patrzą na ludzi i czasami w ich świecie mącą. Dlatego astrologia raczej nie podobała się późniejszym religiom monoteistycznym, no bo skoro wierzono, że Bóg jest jeden, to nie mógł się rozdrabniać i zasiadać jednocześnie na wielu planetach. Jednakże Żydzi i mahometanie wpadli na pomysł, że chociaż Bóg jest jeden, to wysyła różne swoje emanacje, które kierują zarazem planetami i ludźmi, i dzięki temu pomysłowi astrologię zaakceptowali. Trudniej było w chrześcijaństwie, bo tutaj astrologia kłóciła się z poglądem o wolnej woli człowieka, a planetarni bogowie raczej pobożnym myślicielom przypominali demony.

To jednak nic w porównaniu z totalnym odrzuceniem, jakie spotkało astrologię, kiedy za sprawą Kartezjusza i Newtona zaczęła się rozwijać nowoczesna nauka, z fizyką i astronomią na czele. Czemu tak się stało? Dlatego, że astrologia i nowoczesne nauki o przyrodzie bazowały na biegunowo odmiennych założeniach. Astrologia opierała się na starożytnym poglądzie, że niebo i Ziemia są zbudowane każde w zupełnie odmienny sposób, a substancja, z której zbudowane są ciała niebieskie, nie jest ziemską materią. No bo przecież ta niebiańska materia nie spada na Ziemię, jak pospolite kamienie lub jabłka, ani nie hamuje swojego ruchu. Planety poruszają się niestrudzenie, wciąż są w ruchu, podczas gdy ziemskie przedmioty w końcu zatrzymują się, jakby ich ruch się wyczerpał. Słońce świeci i grzeje żywym ogniem, a przecież nie wypala się, jak ziemskie ogniska i piece.

Drugie założenie dawnej astrologii było takie, że wszystko w świecie podlega magicznym wpływom: "podobne przyciąga podobne" - i na tej zasadzie działały planety na ludzi. Jeśli ktoś się urodził, kiedy wschodził (przykładowo) Mars, to ów człowiek zawsze już pozostawał w stanie magicznego powinowactwa z tą planetą i kiedy Mars się na niebie aktywizował, na przykład wchodząc do znaku Barana lub tworząc kwadraturę do Merkurego, to i człowiek ów "marsowiał" szczególnie, czyli wściekał się, awanturował, lub, powiedzmy, podbijał sąsiednie królestwo.

Nowoczesna nauka to miała do siebie, że zrównywała materię ziemską i niebieską, odkrywając prawa, które zarówno dotyczyły ciał ziemskich i ciał niebieskich (np. prawo grawitacji lub prawo przyspieszenia pod wpływem siły), oraz odrzucała pogląd o istnieniu magicznych wpływów, szukając wszędzie sił konkretnych i mierzalnych za pomocą odważników lub sprężynek. Okazywało się jednak, że takich sił i oddziaływań, jakie zakładali astrologowie, najwyraźniej nie ma... A przynajmniej fizycy ich nie znajdują. Astrologów wypędzono z uniwersytetów.

I tak jest do dziś. Kiedyś, w początkach mojej astrologicznej kariery, zapytałem profesora Andrzeja Wiercińskiego (dziś już nieżyjącego), czy astrologia ma szanse - w dającej się przewidzieć przyszłości - wrócić do świata nauki. Prof. Wierciński był antropologiem, prócz tego gnostykiem i znawcą kabały, a astrologię też znał i cenił. Odpowiedział jednak zdecydowanie: "nie". Nie widział takiej możliwości.

Faktycznie, jeszcze w latach 70-tych zebrał się w Anglii zespół złożony z astrologów-profesjonalistów oraz z miłośników astrologii będących poza tym profesorami chemii, matematyki lub astronomii (byli tacy w Anglii jeszcze niedawno), aby podsumować dokonania astrologii. Wydali wtedy gruby tom pod tytułem "Współczesne postępy astrologii urodzeniowej", w którym streszczono wyniki badań i dociekań w astrologii w XX wieku. Były planowane dalsze tomy... ale już nie ukazały się. Bo klimat następnych lat coraz bardziej nie sprzyjał związkom astrologii i nauki, a szczelina dzieląca obie te dziedziny coraz bardziej się poszerzała.

Cóż takiego się stało? Raczej nie było tak, żeby naukowcy stali się bardziej krytyczni. To astrologia zaczęła odjeżdżać od nauki. Stawała się coraz bardziej irracjonalna, Pod wpływem ruchu New Age nowe pokolenie miłośników astrologii zaczęło gardzić ścisłym myśleniem i racjonalnym wnioskowaniem. Astrologię skojarzono z wszelkimi "cudami-niewidami", a jednocześnie poczęto coraz natarczywiej reklamować ją jak towar, wmawiając jej właściwości, których nie ma - tak jakby to był kolejny jogurt lub szampon, który ma przynieść natychmiastowe szczęście i spełnienie. Do tego dodawano astrologię indyjską (tzw. "wedyjską"), która posługuje się zupełnie innym kluczem pojęciowym niż nasza zachodnia i nie miesza się z nią jak olej z wodą. Skutek: powstała mieszanka, która była już całkiem nie do przełknięcia dla szanujących się ludzi nauki.

A jednak... Astrologowie nie powinni obrażać się na naukę. Jestem przekonany, że to, co kiedyś się rozpruło - związek między nauką a astrologią - w przyszłości zostanie zszyte. Tylko że będzie to już inna astrologia i inna nauka, niż te, które mamy dzisiaj.

20 maja 2004

Wojciech Jóźwiak

Planety są stanowczo tym, co w urodzeniowym horoskopie jest najważniejsze. Ludzie mogą być urodzeni w różnych miesiącach, czyli pod różnymi znakami zodiaku, mogą też mieć ascendent w różnych miejscach, ale jeśli będą mieć też samą dominującą planetę - np. Jowisza - wtedy będą uderzająco do siebie podobni!