Zaloguj się lub zarejestruj w AstroAkademii!
Zyskasz więcej możliwości: więcej tekstów, udział w forum, własną kolekcję kosmogramów. Skorzystasz z doświadczeń innych uczestników AstroAkademii, poznasz ich horoskopy. Dołączysz do kursów astrologii. Abonament tylko 11 zł miesięcznie.

Czytanie Mirosława Czylka „Astrologia w obliczu kryzysu”

Artykuł Mirosława Czylka przeczytać warto – jest na witrynie Autora: „Astrologia w obliczu kryzysu” – i należy to zrobić przed czytaniem mojego niniejszego komentarza.

Czy astrologia faktycznie jest w kryzysie, tzn. w jakimś osłabieniu jej koniunktury i życiowej linii? Pewnie tak: Mirosław jest dobrym obserwatorem, przytoczone fakty przemawiają za tym, że tak, kryzys mamy. Ja sam nie tej sprawy nie znam równie dobrze, ponieważ (przyznaję!) mniej interesuję się ogólnym stanem astrologii – w Polsce i gdzie indziej – więcej zaś moją bliższą ciału koszulą, czyli Akademią Astrologii. Zapewne tak jest, jak pisze Mirosław, także w próbce AstroAkademii. Kiedy zaczynałem prowadzić tę internetową szkołę astrologii w 2004 roku, na zapowiedziany pierwszy roczny kurs, prowadzony najprostszą techniką czyli przez listę emailową, zgłosiło się około 90 (tak!) chętnych. Wprawdzie sporo szybko wykruszyło się, ale frekwencja 50 osób na kursie nie była dziwna. A potem były lata, kiedy AstroAkademia stawała w miejscu właśnie z braku chętnych. W ostatnich latach to się poprawiło i na grupy po ok. 20 osób mogę liczyć.

Przez moje kursy przez te 15 lat przeszło kilkaset osób. Ilu wytrwało w zainteresowaniach astrologią tak, iż dzisiaj mogę ich nazwać astrologami lub miłośnikami astrologii? Prawdopodobnie około 30 osób. Co powoduje tak wielki odsiew? Według mnie przede wszystkim początkowe złudzenie, że astrologia jest czymś łatwym. A także jest czymś, czego można się nauczyć krok po kroku, jak wiersza na pamięć. Tymczasem astrologia jest zapętlona, wielopoziomowa, jest jakakolwiek, ale nie prosta! Prócz tego, i tu jest drugi powód licznego rezygnowania z niej, jest to, że wymaga nieustannej praktyki i przerobienia wielkiego materiału faktów i zjawisk, które trzeba astrologicznie zreinterpretować. Przede wszystkim trzeba na nowo zinterpretować własny życiorys, a więc przypomnieć sobie swoje życie i przejrzeć je przez filtr-pryzmat układów planet. Kto tego nie zrobi, może powtarzać formuły jak pewien kolorowy ptak, ale astrologiem nie będzie. Z tego powodu astrologia jest – i to jakby ze swojej natury – skazana na mniejszość, na „mniejszościowość”. Więc to, że ubywa tłumów na wykładach i konferencjach, to jeszcze nie takie duże zmartwienie.

Pod wieloma względami obecny czas i warunki są wybitnie sprzyjające dla studiowania astrologii. Horoskopy rysują się komputerowo online, są programy, są ogólnie dostępne katalogi danych urodzeniowych znanych osób i wydarzeń – no, dziurawe, bo np. Beaty Szydło ani Jana Szyszki godzin urodzenia nie znamy. (Ale Leonarda da Vinci znamy.) Podręczniki i bieżące teksty są pod ręką w internecie. Są kursy, są szkoły, są fachowe stowarzyszenia. W Polsce, tu. Prócz tego wszyscy teraz znają angielski więc mają dostęp do wielkich zasobów w tamtym światowym języku i do kontaktów z całym światem. „Za moich czasów” tego wszystkiego nie było. Pytanie, dlaczego z tych możliwości tak niewiele osób korzysta, i w tak małym zakresie.

Odpowiedź też jest w tekście Mirosława Czylka. Bo astrologia pozostaje hobby. Pozostaje zajęciem marginesowym. Nie wchodzi do mainstreamu, czyli ani do nauki (nie ma uniwersyteckiego uznania), ani do biznesu (możliwości robienia na niej pieniędzy są ograniczone i nie dla wielu), ani do „duszami władania” czyli ideologii, inaczej niż kościół, co także Czylek w swoim tekście wypunktowuje. Marginesowość astrologii przejawia się przez to, że astrolog nie może liczyć na to, że mu „ktoś da pieniądze na badania”. Przeciwnie, wszystkie wydatki musi pokrywać sam. Pieniądze to jedna z twarzy energii, więc naprawdę chodzi o to, że astrologia permanentnie jedzie na energetycznym głodzie. Czy teraz, w latach dwutysięcznych-nastych, bardziej niż w poprzednich dekadach, nie wiem. Wydaje mi się, że nie. Tzn. że to „energetyczne niedożywienie” jest constans.

To by znaczyło, że kryzys leży głębiej i jest bardziej długotrwały, niż tylko lata 2000-naste. To, że z obecnej perspektywy wydaje się (słusznie), że mamy za sobą pokoleniową epokę „dużych astrologów”, wynikło stąd, że (1) około roku 1980 astrologia w Polsce zaczynała budzić się z kilkudziesięcioletniego uśpienia; (2) w świecie wtedy szedł w rozmach ruch New Age, dający astrologii nowy szwung, (3) faktycznie, zbiegło się wtedy kilku twardzieli, którzy pomimo niesprzyjających pionierskich warunków potrafili astrologię „ruszyć od zera” – właśnie wymienieni przez Autora: niedawno zmarły Leon Zawadzki, Leszek Weres (z Rafałem Prinkem), niedawno też zmarły Włodzimierz Zylbertal, Światosław Nowicki, i tu także moja skromna osoba. Ze starszych Jan Sar Skąpski, z młodszych Piotr Piotrowski, Iza Podlaska-Konkel wraz z Miłosławą Krogulską, Jarosław Gronert czy autor oryginalnego astro-programu Bohdan Krusiński. Jeśli szerzej otworzyć okno na przedmiot, to koniecznie trzeba dołączyć Jana Witolda Suligę, chociaż on tarocista i mag. Ciekawe, że „my”, tzn. ci „starzy”, barwnie przez Mirosława uhonorowani tytułem „dinozaurów”, nie tworzyliśmy jednej społeczności. Indywidualności były zbyt silne, żeby je zebrać w jednym klubie. Różnice były nierzadko podstawowe. To raczej jest tak, że teraz widać jakąś „polską szkołę astrologii lat 1990-tych” czy jak to nazwać, a może jeszcze łatwiej będzie ją sobie wyobrazić kronikarzowi z kolejnego następnego pokolenia. Ale tej szkoły naprawdę nie było, a niezgody pomiędzy „nami-dinozaurami” nie wynikały z naszych charakterów, tylko głębiej: z różnych paradygmatów.

I myślę, że korzenie kryzysu astrologii są właśnie w tym: w tym, że w astrologii nie ma sytuacji ustalenia paradygmatu. Jest tak, że różne „szkoły” wyciągają wnioski, interpretują horoskopy i stawiają prognozy – czyli myślą – według różnych zestawów reguł. A także łatwo ześlizgują się z jednego paradygmatu na inny. Przeważnie nieświadomie. Na pocieszenie powiem, że coś podobnego od stu lat istnieje w najszacowniejszej z nauk: w fizyce, gdzie paradygmat Einsteina (czyli teoria względności) nie zgadza się z paradygmatem, tak go umownie przypiszmy, Bohra (czyli z teorią kwantów). Tyle, że astrologowie mają zdecydowanie niższą od fizyków świadomość reguł, którymi myślą.

Do przykrości meczących astrologię w Polsce, wyliczonych przez Mirosława, dodam jeszcze jedną, którą obserwuję i która mi osobiście bardzo nadojada: brak łączności z innymi krajami, a raczej innymi „gniazdami językowymi”. O ile my, Polacy, coś zewnętrznego innojęzycznego czytamy – w końcu wydano po polsku Frawleya, Arroyo, von Pronaya (te przykłady za Czylkiem), a pewnie też coś podczytujemy bez tłumaczenia, jak ja podczytuję „Cosmos and Psyche” Richarda Tarnasa (to moja największa astro-inspiracja w ostatnich paru latach) – to naszych książek i internetów poza nami Polakami nie czyta (chyba) dokładnie nikt. W każdym razie ja nie zauważyłem. Więc o ile istnieje u nas import idei, to nie ma eksportu. Prócz podwójnej energetycznej biedy – tej astrologicznej i tej polskiej – muszą tu działać jeszcze inne czynniki. Gdy i jeśli je znajdę, to napiszę.

komentarze

1. Tak myślę... • autor: Piotr Iwiński2019-07-24 10:12:59

że obaj Panowie macie rację. Astrologię niszczy prasa kolorowa i drukowane w niej głupkowate horoskopy. Już w latach 80 ubiegłego wieku Leszek Weres mówił, że nic dobrego z tego nie wyniknie, bo te horoskopy wypaczają sens astrologii i są pożywką dla jej przeciwników, zwłaszcza ludzi związanych z kościołem katolickim (celowo użyłem małych liter).
Obydwa artykuły - ten Mirosława Czylka i powyższy przeczytałem z zainteresowaniem i - niestety - całkowicie się z nimi zgadzam.
Do grona wymienionych a artykułach astrologów dopisałbym panią dr Krystynę Konaszewską-Rymarkiewicz, autorkę wielotomowej Astrologii.
Planety są stanowczo tym, co w urodzeniowym horoskopie jest najważniejsze. Ludzie mogą być urodzeni w różnych miesiącach, czyli pod różnymi znakami zodiaku, mogą też mieć ascendent w różnych miejscach, ale jeśli będą mieć też samą dominującą planetę - np. Jowisza - wtedy będą uderzająco do siebie podobni!