2017-10-27. Wojciech Jóźwiak. Cykl: Astro-refleksje

« Dziwność i rzadkość: układów planet i... SPIS ↓ Supernowa 1987 »

Tagi: Astrologia a fizykaEntropiaGłęboka teoriaLem  []

Czytanie Lema jako wstęp do entropii w astrologii

W „Cyberiadzie” Lema, nowela „Wyprawa trzecia czyli smoki prawdopodobieństwa”, czytamy soczysty ustęp o tym, jak Klapaucjusz zwalczał smoka. Oto:

U zakrętu kucnął za głazami, przyłożył do oka miotacz nieprawdopodobieństwa, wycelował i uruchomił depossybilitatyzatory. Łoże lufy zadrżało mu w ręku, broń zagrzana otoczyła się mgiełką, smoka zaś okrążyło halo jak księżyc przepowiadający niepogodę, ale się nie rozwiało! Po raz wtóry uczynił Klapaucjusz smoka najzupełniej nieprawdopodobnym; natężenie impossybilitatywności zrobiło się takie, że przelatujący motylek zaczął skrzydełkami nadawać alfabetem Morse′a drugą Księgę dżungli, a wśród załomów skalnych zamajaczyły cienie wróżek, wiedźm i dziwożon, wyraźny zaś odgłos tętniących kopyt zwiastował, że gdzieś za smokiem harcują, wydobyte z niemożliwości strasznym napięciem miotacza, centaury. Lecz smok, jak nigdy nic, przysiadłszy ociężale, ziewnął i zaczął się ze smakiem czochrać tylnymi łapami w obwisłe podgardle. Rozpalona broń parzyła już palce Klapaucjusza, który rozpaczliwie naciskał cyngiel, bo czegoś podobnego nie przeżył dotąd – pobliskie co mniejsze kamienie wolno unosiły się w powietrze, kurz zaś, który czochrający się smok wyrzucał spod zadu, zamiast opaść w bezładzie, ułożył się w powietrzu we wcale czytelny napis: SŁUGA PANA DOKTORA. Pociemniało, bo z dnia robiła się noc, kilka dużych wapiennych głazów ruszyło na przechadzkę, z cicha gaworząc o tym i o owym, jednym słowem działy się już prawdziwe cuda, lecz straszliwe bydlę, spoczywające o trzydzieści kroków od Klapaucjusza, ani myślało znikać.

Wiemy, co było dalej: oto smok nie znikał, bo nie był smokiem, tylko przebranym w smoczą skórę przyjacielem naszego bohatera Trurlem, który w ten sposób egzekwował na niesłownym władcy owej planety należną mu zapłatę za wcześniejsze usunięcie smoka faktycznego.

Co jeszcze: pominę logiczny błąd, jaki w tej opowiastce popełnił autor. Otóż, skoro smok był czymś wysoce nieprawdopodobnym, więc gdy Klapaucjusz zwiększał „nieprawdopodobieństwo”, to niby dlaczego spodziewał się, że smok zniknie? Raczej powinien natężenie tamtego „pola nieprawdopodobieństwa” zmniejszyć, przywracając zwyczajność, która by właśnie unicestwiła smoka. Ale to nie zmienia rozważań, które zamierzam.

Bo co robi Klapaucjusz? „Zwiększa nieprawdopodobieństwo” – uruchamia „depossybilitatyzatory”, które do maksimum zwiększają „natężenie impossybilitatywności”. Najwidoczniej Lem wyobraził sobie pewne pole, które steruje prawdopodobieństwem. O ile normalnie prawdopodobieństwo jakiegoś rzadkiego zjawiska jest bardzo małe, bliskie zera, to w tym polu zwiększa się. Prawdopodobieństwo zostaje wzmocnione, podobnie jak amplituda sygnału elektrycznego przechodzącego przez wzmacniacz. Pomysł w umyśle Lema uzasadniony tym, że w fizyce (tej kwantowej, tak!) mówi się o amplitudzie prawdopodobieństwa. (Która zresztą może być i zerowa, i ujemna i urojona – całkiem jak smoki w niniejszej nowelce.) Sumując: skoro prawdopodobieństwo jest wielkością fizyczną, a pewne wielkości fizyczne bywają wzmacniane, „przepuszczane przez wzmacniacze”, to i można sobie wyobrazić wzmacniacz prawdopodobieństwa, który jak zadziała? – Ano rzadkie czyli wybitnie nieprawdopodobne zjawiska uczyni prawdopodobnymi wysoce. Aż zaczną się pojawiać.

Pomińmy dziwożony, centaury i gadające lotne głazy. Dwa ze zjawisk, które Lem wplótł w bajkę, podrywają naszą uwagę. To ten motyl, który morse′m nadaje „Drugą Księgę Dżungli” oraz pył układający się w napis, że absurdalny, tym lepiej. Oto to, co nieprawdopodobne, czyli mające znikomo małe prawdopodobieństwo zaistnienia (bo przecież motyl mógłby przypadkiem nadawać powieść Kiplinga, a pył przypadkowo ułożyć się w napis, tyle że byłyby to przypadki o skrajnie niskim prawdopodobieństwie) okazuje się być znaczące! I odwrotnie, bo widzimy stąd, że co znaczące, ma niskie prawdopodobieństwo.

Miejsca w przestrzeni i wypełniające je kawałki materii, które ułożyły w wybitnie mało prawdopodobny układ, mają niską entropię. Gdy nieprawdopodobne konfiguracje materii rozpadają się i wchodzą w stany bardziej zwyczajne czyli bardziej prawdopodobne, entropia wzrasta.

Doświadczenie i przyrodzony porządek świata uczą nas, że entropia nie maleje sama przez się. Zjawiska o niskim i bardzo niskim prawdopodobieństwie zaistnienia, przeważnie nie dzieją się spontanicznie – raczej jest tak, że wynikają z pewnego procesu, którego pośrednie fazy są nieznane czy zatarte. Jeśli powierzchnia przełamanej skały ma kształt muszli, to raczej nie dlatego, że tak się przypadkowo ułożyła, tylko dlatego, że jest skamieniałym osadem dna dawnego morza, w którym deponowane były wapienne pozostałości żyjących tam małży lub amonitów. Takie zjawiska są zarazem znaczące – dla rozpoznającego je geologa są one sygnałem, przekazem.

W ogóle jest tak, że w świecie szukamy rzeczy nieprawdopodobnych: które są (1) rzadkie, zatem (2) mają niską entropię i zarazem i przez to (3) są dla nas znaczące.

To trzymając w umyśle, przejdziemy za jakiś czas do rozważań już ściślej astrologicznych.

2017-10-27. Wojciech Jóźwiak. Cykl: Astro-refleksje

« Dziwność i rzadkość: układów planet i... SPIS ↓ Supernowa 1987 »

Pisanie komentarzy niedostępne.