2019-04-01. Wojciech Jóźwiak. Cykl: Astro-refleksje

« Jowisz gasiciel SPIS ↓ Saturn, Pluton, Mars, Merkury »

Globalne imperium

Wśród wariantów, jakie rozważa się, starając futurologicznie wysondować głębiny przyszłości, jeden jest omijany, jakby zbyt wariacki lub nadto politycznie niepoprawny, więc tabu obłożony. To wariant imperium. Światowego imperium, nie jakiegoś małego, lokalnego. Inaczej nazywając: zjednoczenie ludzkości pod jedną władzą. Tak, ja wiem, że temat źle się kojarzy, ale spróbuję mu się przyjrzeć.

Jeśli gatunek ludzki na Ziemi stoi przed globalnymi zagrożeniami – przegrzaniem planety z dalszymi skutkami, wielkim zabijaniem przyrody i pożeraniem planetarnych zasobów, to przeciwdziałać tym zagrożeniom można też tylko globalnie. Globalnie czyli zarządzając światowym kryzysem z jednego odpowiednio silnego centrum, które skupiałoby wszystkie siły naszego zagrożonego gatunku.

Skoro życiu ludzkiemu na Ziemi, jak i nieludzkiemu, zagraża nasz gospodarczy wzrost, nasze bogacenie się, to powinien zaistnieć instytucjonalny decydent, który nakaże zmniejszenie tego wzrostu, i to nie przez apelowanie do dobrej woli tych, dla których rozrost jest jedyną racją ich bytu, tylko siłą. Podobnie skoro życiu na planecie zagraża nasze rozmnażanie się, demograficzna eksplozja (akurat w Polsce zatrzymana, ale w Nigerii lub Egipcie „kwitnąca” bez nadziei na samowygaszenie), to również ktoś powinien nakazać pohamowanie swobodnego płodzenia potomstwa. Podobnie sprawy mają się z zatrzymaniem wybijania słoni, wielorybów, nosorożców, czy nieszczęsnych, chyba już nie mających szans, morświnów bakita. Wyniszczania ryb w morzach. Wycinania lasów. Przyśpieszonego erodowania gleby. Emisji CO2 ze spalanych paliw węglowych. Zrzucania plastiku do mórz. Globalny gospodarz zdjąłby wreszcie to przekleństwo wspólnych pastwisk. Wiem, że brzmi to strasznie, ale wiele drakońskich ograniczeń akceptowano gdy chodziło o mniej rozległe zagrożenia, np. w razie epidemii lub wojny. I co ważne, nie były one przyjmowane dobrowolnie i ochotniczo, gdyż to państwo ze swoim aparatem przymusu bez litości egzekwowało rygory. Rozważmy taką bardzo prawdopodobną ewentualność: że oto wolni – nie przeżyjemy.

Ten sam imperialny aparat, który by egzekwował ograniczenia, zająłby się redystrybucją produkowanych dóbr (których przecież przynajmniej obecnie wystarczyłoby dla wszystkich) i racjonalizacją ich obiegu (żeby nie marnować mas produktów), a także wprowadzeniem w skali świata ratunkowych technologii, przede wszystkim energetyki jądrowej. Tu oczywiście krzyczy „veto!” nasze przykre doświadczenie z gospodarką centralnie planowaną – ale może udałoby się nie powtarzać błędów Hilarego Minca i Edwarda Gierka?

W końcu, od czego są intelektualiści: mogliby zawczasu obmyślić takie imperium, które byłoby łagodne dla poddanych. Przecież nie musi być ono napędzane sadyzmem czyli lubowaniem się w przemocy?

Globalne państwo logicznie wynika z programu zrównoważonego rozwoju: bo gdyby pewne terytorium pozostawało poza globalnym państwem, to mogłoby zachcieć rozwijać się w sposób niezrównoważony, czyli rosnąc kosztem zrównoważonej reszty. Byłoby więc zagrożeniem dla „globalu”.

Kto w obecnym świecie lub w niedalekiej przyszłości mógłby podjąć się roli realizatora projektu globalnego imperium? Kto mógłby zostać globalnym imperatorem: które z obecnych państw-centrów, państw-mocarstw? Tu trzeba zauważyć, że zostać imperium to nie tylko przyjemność: to także gorzko-trudna odpowiedzialność za planetę, której całość i złożoność trudno sobie wyobrazić nawet ekspertom. Jednak ta idea, zjednoczenia ludzi w globalnej Rzeczy Pospolitej, mogłaby stać się napędową ideą któregoś z dzisiejszych państw-mocarstw i nadać jego polityce większy (znacznie większy) rozmach, większy dynamizm.

Przesłanką dla globalnego imperium jest też rosnąca koncentracja zasobów – pieniędzy, ale nie tylko ich – w organizacjach biznesowych. Prywatne firmy takie, jak choćby Facebook, przerosły rozmiar nawet Stanów Zjednoczonych, i jeśli mają zamieszkać w pewnej strukturze prawnej, nadrzędnej względem nich, to ta może być tylko globalna.

Globalne imperium powstawałoby zarówno ręką Marsa, jak i ręką Wenus. Lub raczej głównie ręką Wenus ze wsparciem ręki Marsa. Co oznacza, że główną siłą jednoczącą byłaby atrakcyjność projektu, ale poparta zbrojnym batem przeciw opornym lub niedostatecznie przekonanym.

Obecnie w świecie mamy fazę rywalizacji wschodzących Chin z broniącą pozycji lidera Ameryką-USA. Dobrym, jeśli nie najlepszym startem dla Globalu byłaby unia Chin i Ameryki. Unia, nie sojusz – chociaż zapewne na drodze do unii, więc jedności, koniecznym etapem byłby sojusz, coraz zacieśniany. Oczywiście, zadanie to i dla Chin i dla Amerykanów jawi się zapewne jako nadludzkie, ale i cały kontekst jest nadludzki, bo nikt dotąd, żadne państwo ani żadna ludzka organizacja przed podobnym wyzwaniem nie stawało. Unie, a pewnie wcześniej sojusze, tworzone przez Chiny (np. z Rosją, Japonią i Indiami) z pominięciem Ameryki szłyby w polaryzację, podobną do tej, którą świat przerobił za Zimnej Wojny. Inny wariant mógłby być taki, że polityczna jednostka o punkt słabsza od tamtych (Chin i USA) wkracza pomiędzy nie jako mediator-jednoczyciel. Do tej roli powołanych może być więcej graczy: Rosja (ale nie ta obecna pod Putinem, poczekamy...); Indie (mają wiele atutów); Unia Europejska (która miałaby pole do popisu, żeby „sobą” tj. unią objąć die ganze Welt, le monde entier). Gdybym był Żydem, im podpowiedziałbym tę rolę, myślę, że sprawdziliby się w niej; ale nie jestem.

2019-04-01. Wojciech Jóźwiak. Cykl: Astro-refleksje

« Jowisz gasiciel SPIS ↓ Saturn, Pluton, Mars, Merkury »

Pisanie komentarzy niedostępne.