1999-10-11. Wojciech Jóźwiak. Cykl: Astro-refleksje

« Newtonowski młot na astrologię SPIS ↓ Paradoks horoskopowych bliźniąt »

Gwiazdy z sera

... czyli teoretyczna bezbronność astrologii

Stanisław Lem w którymś miejscu którejś ze swych książek (próbowałem znaleźć cytat w "Summa Technologiae" ale mi się nie udało) rozważa, jak wiele informacji zawiera czyjeś stwierdzenie, że istnieją takie gwiazdy, które zbudowane są z sera ementalera. Ten sam przykład jest dobrym wstępem do pewnego problemu z naszej astrologicznej działki.

Otóż z astrologią jest tak, że nie ma ona ani teorii, ani metody doświadczalnej, i tym się rożni od nauki.

Jeżeli ktoś przyjdzie do astrofizyka z odkryciem, jakiego jakoby dokonał: że są takie gwiazdy, które są zbudowane z sera, ów przedstawiciel nauki natychmiast mu wykaże, że nie może to być prawdą, gdyż w temperaturach i ciśnieniach, które panują w gwiazdach, ser nie jest stabilną postacią materii, gdyż już w dużo niższych temperaturach rozkłada się atomy węgla, wodoru, tlenu itd., które w dodatku w gwieździe są zjonizowane - jądra osobno, elektrony osobno - więc jak tu mówić o serze? A nawet gdyby do owego odkrycia (że z sera...) podejść najbardziej życzliwie, i nadać mu szerszą interpretację, że przez "ser ementaler" rozumiemy taką proporcję węgla, tlenu, wodoru, azotu i siarki, jaka rzeczywiście w serze występuje, niezależnie od tego, czy te pierwiastki tworzą miękką masę z dziurkami, czy też są rozpylone na atomy czy w końcu zjonizowane; to i tak takiego twierdzenia nie dałoby się uratować, jako że, po pierwsze, znane obserwacje gwiazd nie donoszą o występowaniu w nich takiego składu atomów jak w serze (np. wodoru jest dużo, dużo więcej niż w serze, i występuje hel, w serze nieobecny); a po drugie, znany astrofizykom model powstawania i ewolucji gwiazd wyklucza, aby swoim składem chemicznym gwiazdy naśladowały ementaler.

Tak więc na gruncie nauki takim alternatywnym twierdzeniom (w rodzaju tego o gwiazdach i serze) można dać odpór z dwóch powodów: po pierwsze, dlatego że znana jest teoria zjawiska; pod drugie: można zaproponować doświadczenie, które podane twierdzenie sprawdzi - albo wyciągnąć z biblioteki wyniki doświadczeń już przeprowadzonych.

Astrologia nie ma teorii ani nie ma metody doświadczeń, i dlatego wobec alternatywnych twierdzeń jest zupełnie bezbronna.

Dokładnym odpowiednikiem gwiazd z sera jest na gruncie astrologii na przykład Lilit (pisana też Lilith). Co to jest Lilit? Różni miłośnicy tego obiektu różnie go definiują. Jedni mówią, że to niewidzialny księżyc Ziemi, drudzy (taki pomysł pojawił się niedawno), że jest to drugie, nie obsadzone ognisko eliptycznej orbity Księżyca. Oba te "obiekty" różnią się okresem obiegu wokół Ziemi: niewidzialny księżyc krąży jakoby z okresem około 4 miesięcy, ognisko orbity z okresem 8 lat i 10 miesięcy - tak więc w horoskopach leżą one na ogół w innych miejscach. Mimo to własności jednej i drugiej Lilit miałyby być podobne: miałby to być najsilniejszy malefik - obiekt planetopodobny odpowiedzialny za nagłą śmierć i inne poważne kłopoty. Takie a nie inne właściwości Lilit zgodne są z jej nazwą, gdyż jest to imię żeńskiego demona, który według apokryficznych mitów żydowskich miał być pierwszą małżonką Adama w raju, i pod postacią węża, z zemsty za wybranie przezeń Ewy, poczęstował Prarodziców fatalnym owocem przynoszącym śmierć zamiast wiedzy. (Dodam jeszcze, że gdyby Lilit jako ciało niebieskie o takich astrologicznych właściwościach istniała, to horoskopy niewątpliwie byłyby ciekawsze!)

Otóż astrolog wobec Lilit znajduje się w całkiem odmiennym położeniu, aniżeli astrofizyk poinformowany o gwiazdach z sera. Kiedy dowiaduje się, że jakiś jego kolega po fachu rysuje Lilit (taką lub inną), jest zupełnie bezradny wobec takiego faktu. Nie ma przeciwko takiej praktyce argumentów teoretycznych. Nie zostało bowiem wykazane, że ciała niebieskie rysowane w horoskopach i wskazujące charakter i przyszłość ludzi, muszą w ogóle fizycznie istnieć. Nie ma bowiem dostrzegalnego związku pomiędzy namacalnością planety a jej siłą w horoskopie. (Przez ową "namacalność" rozumiem takie fizyczne parametry planety, jak jej masa, odległość od Ziemi, moc promieniowania lub jasność, siła grawitacji itd.) Gigantyczne w porównaniu z całą resztą Układu Słonecznego Słońce wcale nie jest jakoś nieporównywalnie silniejszym czynnikiem horoskopowym aniżeli malutki Mars. Co więcej, Michel Gauquelin w swoich jak dotąd jedynych (jeżeli nie liczyć Ertela, który jego doświadczenia powtarzał) systematycznych i metodologicznie poprawnych z punktu widzenia nauki badaniach nad wpływem planet na osobowość człowieka, działania Słońca w ogóle nie stwierdził! Podobnie powszechnie wśród astrologów uważa się, że siła Plutona i Urana w horoskopach jest dość podobna, chociaż Pluton jest znikomo mały w porównaniu z Uranem. Ostatnio są odkrywane maleńkie ciała niebieskie krążące poza orbitą Saturna, które, po nazwaniu ich imionami centaurów z greckiej mitologii są entuzjastycznie wcielane przez część astrologów do astrologicznego inwentarza i rysowane w horoskopach, chociaż jest to zupełny kosmiczny drobiazg. Podobnie było kiedyś z platetoidami położonymi pomiędzy Marsem a Jowiszem, i tylko fakt, że odkryto ich zbyt wiele, sprawił, że astrologowie przestali się nimi interesować. Istnieje też tak zwana Szkoła Hamburska w astrologii, która operują całą listą planet transneptunowych, które po prostu nie istnieją.

Skoro więc nie ma teoretycznych powodów, dla których można by było powiedzieć przy jakimś obiekcie kosmicznym: "on jest za mały... zbyt odległy..." albo: "zbyt wielki...", aby mieć znaczenie w horoskopach, to dlaczego niby mielibyśmy z góry ("a priori") odrzucać ciała niebieskie, których nie ma? Tak więc pozostaje zwolennikowi Lilit dobrotliwie przyzwolić na jego działalność, mówiąc: "ja ma swoje planety, ty masz swoje; jeden wróży z patyków, drugi z kamyków, to i tobie wolno wróżyć z tabel z cyferkami, które uważasz za pozycje jakiejś Lilit..." Ale w tym momencie widzimy, że astrologia uprawiana z tak przyjęta postawą nie ma nic wspólnego nie dość że z nauką (ścisłą), ale i z jakimkolwiek względem na prawdziwość i wiarygodność wygłaszanych sądów.

Pamiętajmy też, że astrolog jest kolegą po fachu nie tylko naukowca, badającego rzeczywistość, ale i inżyniera, który tę rzeczywistość kształtuje i zmienia. Czy pozwolilibyśmy architektom stawiać domy, gdyby niektórzy z nich, owszem, posługiwali się pomiarami wytrzymałości materiałów i teorią sprężystości, ale byli także inni, legitymujący się identycznymi dyplomami tego fachu, którzy do wylewania fundamentów używaliby masła, albo wręcz materiału, który jest niewidzialny?

Możemy powiedzieć: tak, astrologia ma braki w teorii. Ale przecież jest jeszcze doświadczenie. Jeżeli ktoś wymyślił (dajmy już spokój Lilit, bo jeszcze się będzie mścić) planetę "Cilit", i twierdzi, że jest to czynnik horoskopowy, który odpowiada za zamiłowanie do czystości, to przecież nic prostszego, jak sprawdzić w praktyce to twierdzenie. Wyciągnijmy z bazy danych w komputerze 100 horoskopów dobrze znanych nam osób, dorysujmy Cilit (jej symbol ma kształt buteleczki) i sprawdźmy, czy rzeczywiście jest ona silna i dobrze położona w horoskopach czyściochów, za to tworzy fatalne aspekty w horoskopach brudasów.

Takie zadanie okazuje się wcale nie łatwe, a wyniki nie oczywiste. Przede wszystkim przerobienie i zinterpretowanie na nowo 100 horoskopów (co i tak jest liczbą stanowczo nie wystarczającą do wyciągnięcia wniosków; Gauquelin pracował z populacjami liczącymi przynajmniej kilka tysięcy urodzeń, i to wydaje się być minimum) nie jest wcale zadaniem łatwym, i jest niemal pewne, że po piątym horoskopie taka praca badawcza zostanie przerwana. Przerwana z różnym wynikiem zależnie od nastawienia badającego astrologa. Jeśli z góry Cilit mi się nie podoba, to najpewniej po kilku nieudanych próbach skorelowania jej położenia w horoskopach z parą opozycyjnych cech brudas-czyścioch uznam, że owa Cilit jest bez znaczenia, i że należy hipotezę o jej istnieniu i działaniu odrzucić.

Ale jeżeli mam do Cilit stosunek chętny, to będę jako świadczące na jej korzyść interpretował takie horoskopy, w których ową czystość (lub brud) wcześniej przypisywałem innym konstelacjom, na przykład Księżycowi w Pannie lub sekstylowi Wenus do Saturna. Przy takim nastawieniu, przy piątym horoskopie uznam, że Cilit jest udowodniona i zacznę propagować ją jako potężny czynnik horoskopowy.

I tu jest coś bardzo ważnego: otóż w tym momencie Przeciwnik i Zwolennik Cilit stają na zupełnie innych pozycjach. Na pewno entuzjazm Procilitysty będzie większy aniżeli krytycyzm Antycilitysty. Procilitysta będzie propagował swoją ulubioną planetę z wielkim zapałem (jest się czym pochwalić na listach dyskusyjnych... można jeździć z wykładami... można pisać książki... sława, pieniądze, wielbiciele u stóp... - i nie musi to być wcale wyrachowane, przeciwnie, bywa niewinnie szczere) - za to Antycilitysta będzie oponował półgębkiem i ledwie od czasu do czasu. Nie może zresztą zbyt głośno protestować, jako że wie, że sam również używa metod i pojęć nie całkiem pewnych. Skutek będzie taki, że Cilit przyjmie się i jakaś część astrologów będzie ją uważać za "działający fakt". Może też zdarzyć się odwrotnie: że innowacja w postaci Cilit zostanie przez "społeczność astrologów" odrzucona - ale jeśli tak się stanie, to tylko na skutek jakichś kaprysów mody, wcale nie dlatego, że wykazano jej horoskopowe nieistnienie.


Milanówek, 11 października 1999




1999-10-11. Wojciech Jóźwiak. Cykl: Astro-refleksje

« Newtonowski młot na astrologię SPIS ↓ Paradoks horoskopowych bliźniąt »

Pisanie komentarzy niedostępne.